Nigdy nie myślałem, że moje życie będzie tak wyglądać. Po trzydziestce, z dyplomem informatyka w kieszeni, a moją główną pracą jest… przewijanie taśmy w fabryce opakowań. Nocna zmiana. Od dziesiątej do szóstej. Rytm jest prosty: stuk, stuk, stuk – kolejna tekturowa pudełko mknie na taśmie, ja poprawiam je, jeśli skręciło, i czekam na następne. Myśli wirują w głowie, ale ręce wykonują tę samą, monotonną pracę. Robię to od dwóch lat, od kiedy firma, w której pracowałem, zwinęła dział IT. Życie.
Za to dzienna praca – ta prawdziwa – zaczyna się o ósmej rano. Wtedy jestem „panem informatykiem”, który jeździ po mieście i naprawia komputery emerytom, małym firmom, wszystkim, którzy nie chcą płacić korporacyjnych cen. To mój świat. Zapach kurzu z wentylatorów, góry skrętek i te oczy ludzi, gdy po kliknięciu znów widać pulpit. To kocham. Ale to nie wystarczało, żeby wyżyć.
Pewnej nocy, między stukotem taśmy, kolega z zmiany, Mariusz, zapytał: „Hej, Krzysiek, ty się znasz na tych internetach. Gdzie by tu bezpiecznie, dla zabawy, rzucić parę groszy? Tak po pracy, żeby nie zasnąć?”. Pokręciłem głową. Nie moja bajka. Ale Mariusz nalegał. „No ludzie gadają, sprawdzałem, to nie żaden szwindel. Mówią, że w kasyno vavada wszystko jasno, wypłaty idą. Tylko nie wiem, jak tam się rejestrować i co wciskać”.
Postanowiłem mu pomóc. Czysto technicznie. To jak konfiguracja routera. Po zmianie, u niego w domu, otworzyłem laptopa. Pokazałem mu proces krok po kroku. Interfejs był rzeczywiście przejrzysty, nie wyglądał na podejrzany. Mariusz wrzucił pięćdziesiąt złotych, zagrał kilka razy w jakiegoś owocowego automata i… przegrał. Wzruszył ramionami. „No coż, zabawa była”. A ja w głowie miałem już analizę: losowy generator liczb, szanse podane, mechanika prosta. Dla mnie to był po prostu kolejny system. Bezduszny i przewidywalny.
Ale coś we mnie zostało. Ta myśl: „A co, jeśli podejdę do tego jak do zadania? Nie jak do magii, tylko jak do algorytmu?”. To wyzwanie informatyka. Postanowiłem to potraktować jako eksperyment. Czysto naukowy. Założyłem swoje konto. Wpłaciłem dwie stówki – mój limit badawczy. Nie po to, żeby wygrać, żeby przetestować. Wybrałem grę, która miała najbardziej przejrzyste zasady bonusowe i wysoki procent zwrotu. To była moja „fucha po fuchach”. Analizowałem, notowałem w telefonie sekwencje, obserwowałem, po ilu spinach aktywuje się bonus.
Przez trzy wieczory moje dwieście złotych skurczyło się do osiemdziesięciu. Eksperyment się nie udawał. Statystyka była nieubłagana. Ostatniej nocy, przed zmianą, pomyślałem: „Dobra, ostatnie dziesięć spinów. Na pożegnanie z tematem”. Ustawiłem minimalny zakład, byle tylko dokończyć notatki. Kliknąłem. Nic. Kolejny spin. Znowu nic. Byłem już prawie pewien. Kliknąłem trzeci raz. I wtedy ekran… zaciął się. Na ułamek sekundy. Pomyślałem: „No tak, bug. Typowe”. Ale to nie był bug.
Ekran rozbłysnął intensywnym, złotym światłem. Gra, w którą grałem, nazywała się „Golden Pulse” – Złoty Puls. I nagle cały ekran zaczął właśnie pulsować złotem. Bębny zniknęły, a pojawiła się animacja sieci neuronowej – takiej złotej, rozgałęzionej. Liczba w polu wygranej, która do tej pory pokazywała zera, zaczęła rosnąć. Powoli, cyfra po cyfrze. 100… 500… 1000… 3000… 5000…
Siedziałem w ciszy swojego mieszkania, patrząc, jak system, który właśnie badałem, wymyka się wszystkim moim analizom. To nie była logika. To był po prostu ślepy, błogi traf. Człowiek, który całe życie ufał tylko kodem i logice, dostał prezent od przypadku. Ironiczne, prawda? Licznik zatrzymał się na 8 742 złotych.
Pierwsza myśl: „To błąd w generowaniu liczb losowych”. Druga: „Nie, to po prostu ten jeden na milion spinów”. Trzecia, praktyczna: „A jak z wypłatą?”. Procedura była… doskonale zaprojektowana. Przejrzysta, z kilkoma krokami weryfikacyjnymi. Jak dobry software. Złożyłem wniosek. Przelew dotarł następnego dnia popołudniu, gdy spałem po nocnej zmianie. Obudziłem się i zobaczyłem SMS-a od banku. To było realne.
Nie czułem euforii. Czułem… lekkie oszołomienie. Jakbym odkrył, że w najstaranniej zaprojektowanym systemie jest jednak mała furtka dla cudu. Te pieniądze nie były zarobione. To nie była zapłata za moją pracę przy taśmie ani za naprawę komputerów. To był losowy bonus od wszechświata. Postanowiłem, że nie wydam tego na rachunki. To byłby grzech.
Nazajutrz poszedłem do swojego ulubionego klienta – pana Jerzego, emerytowanego nauczyciela, który prowadzi małe muzeum historii lokalnej w jednym pokoju w starej kamienicy. Jego komputer miał dwanaście lat. Pan Jerzy pokazywał mi zdjęcia na ekranie, który migotał jak stroboskop. „Panie Krzysztofie, marzy mi się żeby to zeskanować, zdigitalizować… ale to kosztuje”.
Kupiliśmy nowy komputer, skaner płaski i profesjonalny skaner do negatywów. Zainstalowałem wszystko, przeszkoliłem pana Jerzego. Przez tydzień, zamiast spać po nocce, pomagałem mu skanować pierwsze pudła zdjęć. Jego oczy, gdy zobaczył na jasnym ekranie twarz swojej matki z 1938 roku, wyostrzoną i czystą… To była lepsza zapłata niż cokolwiek innego. Resztę pieniędzy z kasyno Vavada przekazałem mu na subskrypcję chmury do przechowywania tych archiwów. To było najlepsze „wykorzystanie” wygranej, jakie mogłem wymyślić.
Czy coś się zmieniło? Tak. Dalej pracuję przy taśmie. Dalej naprawiam komputery. Ale mam teraz swoje małe, sekretne laboratorium. Raz w tygodniu, w ramach eksperymentu, wrzucam do kasyno Vavada symboliczną kwotę. Dwie kawy. Gram nie po to, żeby wygrać. Gram po to, żeby obserwować system. Być może kiedyś zrozumiem ten jeden, złoty moment, kiedy wszystko się wyrównało. I wiem już, że jeśli kiedykolwiek znów trafię na taki „błąd w systemie”, to pieniądze pójdą na kolejne archiwum, na kolejny stary komputer do naprawy, na kolejny uśmiech pana Jerzego.
Bo odkryłem, że najfajniejszy bonus to nie ten na ekranie. To ten, który możesz komuś dać. A kasyno online? To było tylko miejsce, gdzie mój algorytm życia na chwilę skrzyżował się z czystym przypadkiem. I w tym skrzyżowaniu znalazło się trochę złota, żeby podarować komuś pamięć.